Podniosła szybko zdjęcie, trzaskając drzwiami i zamykając je na klucz. Oparła się o nie plecami dysząc przy tym jakby uciekała przed kimś. Jej oczy stały się czerwone, czuła że zaraz rozbeczy się jak małe dziecko. Z trudem się powstrzymywała. Spojrzała przez wizjer, niczego nie zobaczyła po za ciemnością. Słona łza spłynęła jej po policzku. Można było ją uznać za łzę szczęścia. Odsunęła się od drzwi, sprawdzając jeszcze czy na pewno je zamknęła.
Podniosła rękę z fotografią. Zdjęcie było stare, z niewielkimi zniszczeniami. Przedstawiało kobietę być może w wieku 20 lat. Ubrana była w prostą suknię z bufiastymi rękawami. Długie włosy związane w warkocz nadawały jej miłego wyglądu. Twarz była spokojna, a zarazem straszna. Kobieta stała na cmentarzu, opierając się o kapliczkę. Patrzyła wprost na fotografa, tak że Keyle czuła jej wzrok na sobie. Obok kapliczki po lewej stronie widniały groby, a zewsząd miejsce otaczały szare, łyse drzewa bez liści. Wyglądało to tak jakby cmentarz był postawiony w środku lasu. Nie wyglądał na jakiś zapomniany. Na grobach były świeże kwiaty i znicze. Kapliczka była w stylu gotyckim. Z tyłu fotografi widniała data 2.11.1948r. "Dzień zaduszny, kto normalny robi sobie zdjęcie na cmentarzu w święto zmarłych?", pomyślała Keyle. Chciała jak najszybciej dowiedzieć się czegoś więcej o tym zdjęciu, ale nie potrafiła wstać, paraliżował ją zbyt wielki strach. Czuła że odpowiedź na pytania, które rodziły sie w jej głowie kryła się w małym pokoiku na strychu, nie dawało jej to spokoju, mimo to nie umiała zmusić się do wstania, do wykonania jakiego kolwiek ruchu.
Nagle jej uszy przeszył dźwięk dzwonka. Zdawałoby się, że serce zatrzymało jej sie na chwile. Miała nadzieje, ze to Garet stoi za drzwiami, ale nie chciała, żeby po otworzeniu drzwi życił się na nią chory morderca z nożem. Znów zadzwonił dzwonek, tym razem dłużej. Chwila ciszy, długiej, nieprzeniknionej.
-Halo, Keyle jesteś tam? - za drzwiami rozległ się głos Gareta. Dziewczyna wstała i spojrzała przez wizjer. Za drzwiami stał jej kolega i wyglądał na troche zdezorientowanego. Nacisnęła na klamkę.
-Cześć- uśmiechnął się do niej- Już się bałem, że cię nie ma.
- Cześć- Keyle mówiła szybko, jakby zachwilę miało wydarzyć się cos strasznego i musiała się schowac do domu- Wchodź, nie będziemy tak stać na progu- przepuściła Gareta i rozglądnęła się czy nic nie kryje sie w mroku. Później zamknęła drzwi i odetchnęla z ulgą.
-Co ci się dzieje, zachowujesz się jakbyś zobaczyła ducha. - Spojrzał na nią, robiąc tą dziwną minę.
W milczeniu podała mu tajemnicze zdjęcie, a on tylko wlepił w nią niebieskie oczy. Zamachała fotografią i popatrzyła na niego znacząco. "Jezu, weźmiesz i zobaczysz?!" Miała już wypowiedzieć to nagłos, ale on posłusznie wziął i intensywnie patrzył na postać kobiety.
- Kto to jest?
- Sądzę, że to moja babcia... Raczej to pewne.
- 2.11.1948r... Dzień Zaduszny.
- Serio? Nie wiedziałam. - Odpowiedziała opryskliwie i skierowała się do kuchni.
- Wiem, dlatego ci powiedziałem. - Posłał jej cwaniacki uśmiech, a on popatrzyła na niego wzrokiem zabójcy. Zabrała przekąski i oboje poszli na górę do jej pokoju.
-Może oglądniemy jakiś film?- Spytała.
-Może być.
Keyle wzięła laptopa na kolana i włączyła swoją ulubiona komedie. Siedzieli cicho i nie rozmawiali za wiele. Garet od czasu do czasy śmiał się, ale ona nie mogła skupić się na filmie. Jej myśli uciekały do wydarzeń sprzed niedawna, ale nie chciała na razie się tym martwić, dlatego próbowała oglądać, ale niezbyt jej to wychodziło.
Nagle coś ciężkiego przesunęło się w na górze i rozbrzmiał metaliczny dźwięk. Tak jakby ktoś czołgał się wraz z łańcuchami. Keyle zorientowała się, że ten hałas nie dobiega skądinąd jak ze strychu. Dziewczyna popatrzyła przestraszona na Gareta. Ten dźwięk przyprawiał ich o dreszcze. Oboje pozostali bez ruchu z bijącymi sercami w piersiach. Keyle nie wiedziała co się dzieje. Jeszcze ta fotografia i wszystkie inne dziwne wydarzenia. W jej głowie kotłowały się różne straszne scenariusze, niczym z horrorów. Nie wiedziała co lub kto może znajdować się na górze. Odgłosy ucichły tak szybko jak pojawiły się. Przyjaciele pozwolili sobie na głęboki oddech. Przez dłuższą chwilę nasłuchiwali, lecz było cicho. Cicho tak, że słyszeli szum płynącej krwi we własnych żyłach.
- Keyle... - Dziewczyna spojrzała na swojego towarzysza, myśląc że to on ją wołał. Jadnak myliła się.Wstała raptownie
Wybiegła na korytarz i spojrzała w stronę drzwi prowadzących na strych. Serce stanęło jej na chwilę, zachwiała się i pewnie by upadła gdyby Garet jej nie podtrzymał. Drzwi były otwarte, a w środku świeciło się delikatne światło, jakby świeca. Kayle powoli zrobiła krok do przodu, jakby od tego zależało jej całe życie. Chłopak zacisnął rękę na jej ramieniu i pociągnął lekko do tyłu.
-Nie idź tam Keyle, nie wiesz co cię tam czeka.
-Dlatego idę to sprawdzić- powiedziała z udawaną odwagą w głosie, ale to była złuda. Tak naprawdę nogi uginały się jej od strachu, ale ciekawość była silniejsza.
-No dobra, ale idę pierwszy- wykrzywił twarz w coś na kształt uśmiechu, ale nie wyszło mu to.
-Nie musi...- przerwał jej dźwięk jakiegoś ciężkiego upadającego przedmiotu.- No dobra zmieniłam zdanie, idziesz pierwszy.
Powoli wspinali się po schodach. Gdy weszli do środka, gdzie światło z korytarza, już prawie nie dochodziło Garet zapalił latarkę i bladą, jasnoniebieską smugą światła rozświetlił pomieszczenie. Na ziemi niedaleko okna leżał przewrócony regał, a dookoła porozrzucane były różne przedmioty, które z niego pospadały. Na oknie stała zapalna świeca, dająca niewielkie światło, ale bardziej przerażała, niż dodawała otuchy. Przyjaciele spojrzeli na siebie z dezorientacją w oczach. Chłopak podszedł bliżej regału i oświetlił leżące na ziemi przedmioty.
-Keyle.
-Tak?
-Czy te lalki powinny być takie porozrywane- zapytał drżącym głosem. Dziewczyna spojrzała na ziemie. Wszystkie maskotki, zabawki były podarte, miały powyrywany plusz ze środka, nie wyglądało to jakby spowodował to upadek z szafki.
Nagle, jakby pod wpływem powiewu wiatru świeca zgasła. Keyle zbliżyła się do przyjaciela. Po chwili latarka zaczęła migać i ogarnęły ich zupełne ciemności.
Let's be Free
sobota, 28 grudnia 2013
czwartek, 29 sierpnia 2013
Rozdział 4
Kayle była pełna obaw. Za wszelką cenę pragnęła dowiedzieć się czegoś więcej o swojej babce. Wypytywała Elizabeth, lecz nic istotnego nie dowiedziała się. Z opowiadań matki wynikało, że Maria była nadopiekuńczą, kochającą swoje dziecko mamą. Wiodła spokojne życie. Zajmowała się domem tak jak każda kobieta w dawnych czasach. Elizabeth nie lubiła rozmawiać o niej, bo kiedy miała 10 lat Maria zaginęła.
Pewnego wieczoru poszła wysprzątać grobowiec swoich rodziców i już nie powróciła. Nikt nie wiedział co się stało. Poszukiwania trwały pare tygodni, później rodzina się poddała i wszyscy uznali Marie za martwą. Kayle nie wiedziała nic więcej, a to było o wiele za mało, żeby podjąć jakiekolwiek kroki w poszukiwaniach. Nie było dnia, aby nie myślała o tej całej historii. Nie mogła przez to jeść i spać. Rodzina zaczynała się o nią matwić. Dziewczyna nie chciała się przed nimi otworzyć. Jedyną osobą, która potrafiła ją rozbawić był Garet. Od ostatniego spotkania bardzo się polubilii zauwarzyli, że mają ze sobą dużo wspólnego. Dzięki niemu nie była w szkole taka samotna i mogła oderwać się od ostatnich kłopotów. Czuła ze znalazła prawdziwego przyjaciela, lecz kiedy wracała do domu powracał strach i uczucie pustki.
***
- Gdzie idziesz? - Gdy ujrzała matkę usiadła z wrażenia. Była ubrana w granatową suknię ciągnąnąca się do ziemi. Blond włosy, które zawsze nosiła rozpuszczone dziś upięła w kok. Wyglądała naprawdę olśniewająco.
- Coś nie tak? - Zrobiła zdziwioną minę i zatrzepotała długimi rzęsami, pokazując przy tym perfekcyjnie pomalowane powieki.
- Nie, wyglądasz...- Nie mogła znaleźć odpowiedniego słowa, które nie świadczyłoby o jej nagannym słownictwie. - Pięknie! Gdzie się wybierasz? - ściągnęła lekko brwi.
- Idę z twoim tatą na kolację. - U jej boku pojawił się Morgan, jak za zamachem magicznej różdżki.
W odświętnym stroju wyglądał niczym aktor z "Facetów w czerni". Największą uwagę przykuwały jego oczy. Duże i blado niebieskie, z małymi źrenicami.Spod garnituru odznaczały się mięśnie.
Z salonu wybiegł Max z przerażoną miną. Dotarł do rodziny z prędkością światła potykając się o własne nogi.
- Nie, nie, nie! Gdzie wy idziecie nie zostawiajcie mnie z nią! - Machną ręką wskazując na swoją siostrę. Brunetka posłała mu złowieszczy uśmiech i wyszeptała "zginiesz". - Słyszeliście ją! Ona mnie zabije! Rozumiecie ZA-BI-JE.
Mama popatrzyła na nią z pogardą. Kayle zrobiła minę niewiniątka, a gdy matka zerknęła błagalnie na ojca, wysłała bratu ostrzegawcze spojrzenie.
- Po drodze na kolację możemy podrzucić cię do babci. - Westchnął Morgan, kierując się w stronę drzwi. Zanim zamknął je za sobą powiedział tylko żeby się pośpieszyli.
Chłopak pobiegł na górę, zostawiając je same w korytarzu.
- Zostajesz sama w domu, wiesz? - Przytaknęła, dokładnie nie wiedząc co to może oznaczać. - Nie chcę żebyś zrobiła coś czego potem będziesz żałować.
- Do czego zmierzasz? - Poirytowała się.
- Pod naszą nieobecność nie robisz w tym domu żadnej imprezy, ani nic w tym stylu.
- Ha, ha, ha ciekawe kogo bym miała zaprosić? - Chyba tylko Gerarda, a z tego co wiem to do zrobienia imprezy trzeba przynajmniej 10 osób... Uznała, że nie ma sensu tego mówić.
Elizabeth miała już odpowiedzieć, lecz przybiegł Max trzymając w ręku psvita. Nigdy tak się jeszcze nie cieszyła z jego obecności. Matka sięgnęła zgrabną dłonią do klamki powoli ją naciskając. Dziewczyna patrzyła na nią z napięciem.
- Będziemy pewnie koło 22. - Kayle spojrzała w jej oczy pełne niepokoju. Czy ona naprawdę myślała, że mogę "zrobić coś głupiego"?
- Dobra. Nie martw się będę grzeczna. - Uśmiechnęła się najszczerzej jak potrafiła.
Drzwi w końcu otworzyły się wpuszczając do domu lekki podmuch wieczornego wiatru. Nastolatka odgarnęła włosy z twarzy. Mimowolnie uśmiechnęła się mając już plany na dzisiejszy wieczór.
Zmierzała ku górze po schodach najciszej jak potrafiła. Nie mogła stwierdzić co w tej sytuacji czuła. Strach, zaciekawienie? Szła wzdłuż wąskiego korytarza, jeżdżąc opuszkami palców po boazerii. Im bardziej zbliżała się do drzwi swojego pokoju, tym większe ogarniało ją poczucie zagrożenia, ale za razem czuła nieotparte wrażenie, że coś ją tam ciągnie, że nie może stać tutaj bezczynnie. Uniosła dłoń i powoli nacisnęła klamkę. Przed jej twarzą ukazał się widok jej zwykłego pokoju, bez żadnych niespodzianek. Fioletowe ściany a na jednej z nich poodbijane kolorowe, dziecęce ręcę już się nie rozpływały. Były normalne, mimo to już nie podobały się jej tak jak kiedyś. Po tym wszystkim na pewno przemaluje pokój na pomarańczowo, albo na niebiesko i żadnych malowideł na ścianach. Okno na wprost drzwi ukazyłało przepiekny widok na polanę. Nie było na niej nic prócz drzew. Gdy wstało się wcześnie rano można było podziwiać piękny wschód słońca, które wyglądało jakby szło ku domowi. Wyłaniało się powoli zza horyzontu, a później zamiast iść napszód unosiło się do góry. Pod oknem stało drewniane biórko, a na nim lampka i stos książek i zeszytów, które Keyle sprzątała tylko na święta i wakacje. Po lewej stronie widac było wysokie łóżko z szufladami i fioletową narzutą na kołdrze. Nad nim wisiała półka zapęłniona książkami. Niektóre z nich pamiętały jeszcze czasy sprzed stanu wojennego. Po prawej stronie stała szafa na ubrania, a obok niej regał z tysiącem różnych bibelotów, zdjęć i albumów. Pokój nie był duży, ale spełniał swoją rolę w stu procentach. Jednak teraz to już nie był jej dawny, bezpieczny pokoik. Wyraźnie wyczuwała tu czyjąś obecność, jakby ktoś, albo coś śledziło każdy jej ruch. To wrażenie nasiliło się jeszcze bardziej, gdy na dole nie słyszała znanych jej kroków, kojącego dźwieku telewizora, czy szumu płynącej wody z prysznica. Nasilający się niepokój przepełniał jej głowę, a mrożące krew w żyłach myśli opętały umysł. Ja mam naprawdę zbyt rozwiniętą wyobraźnie. Przecież to idiotyczne.
Nie mogła wysiedzieć dłużej w pokoju, szczególnie nie sama. Szybkim krokiem, nieoglądajac się za siebie zeszła na dół. Złapała za telefon i wykręciła numer do Gareta. W końcu mama powiedziała żebym nie zrobiła imprezy, jedna osoba nam domu nie zawali. Jeszcze przez chwile zastanawiała się czy to napewno dobry pomysł, ale w końcu nacisnęła zieloną słuchawkę. Biip, biip, biip cały czas dzwoniło jej w uszach. Biip... Czy to na pewno dobry pomysł. Może on po prostu nie chce odebrać ode mnie telefonu. Biip... Dobra jeszcze tylko trzy sygnały i się rozłączam.
Biip... biip
- Halo.- Usłyszała w słuchawce znany głos właśnie wtedy kiedy chciała się rozłączyć. - Kayle to ty? Coś się stało?
- Cześć Garet.- Poczuła ulgę, że odebrał. Miała tylko nadzieje, że zgodzi się przyjść i nie zrozumie tego opacznie.- Wiesz, bo rodzice pojechali na jakąś impreze czy coś w tym stylu no i zostałam sama w domu.- Nie wierze, że proszę go o coś takiego. W jej głowie brzmiało to o wiele lepiej niż w rzeczywistości.- No i...
- Co córeczka tatusia sie boi?- Zapytał drwiąco. Boże jaki obciach. Po co ja to zrobiłam?- Chcesz żebym przyszedł?
- A mógłbyś?- Zapytała niepewnie przyjaciela. Może nie kolegowali się, aż tak bardzo aby można było uznać ich przyjaźń na śmierć i życie, ale dziewczyna nie miała nikogo innego kogo mogła poprosić o pomoc, żadnej przyjaciółki czy nawet koleżanki z sąsiedztwa. Jakoś nie dogadywała się z rówieśnikami, tylko Garet był wyjątkiem.
-Pewnie. Moich rodziców też nie ma w domu i wróca dopiero rano, nocują u jakiejś znajomej.- Kayle odetchnęła z ulgą. Cieszyła się że nie będzie sama, ale jeszcze bardziej że Garet zrozumiał o co jej chodzi. Wiedziała że to jej prawdziwy przyjaciel. Mało kto zdecydowałby się na takie coś, bo jakaś strachliwa nastolatka sobie tak zażyczyła.- A tak w ogóle co się takiego stało?
-Nic, poprostu nie chce być sama.
- Nie sądze żebyś dzwoniła tylko dlatego, bo nie chcesz być sama. To chyba coś bardziej poważnego, co?- Dopytywał się zaciekawionym tonem. Kayle nie chciała mu mówić, dlaczego tak naprawdę go zaprasza, bo bała się że jej nieuwierzy i uzna ją za chorą umysłowo, ale to, że chłopak wiedział, że to nie tylko zwykły strach przed samotnością cieszyło ją, było to kolejnym dowodem na to, że w końcu znalazła prawdziwego przyjaciela.- A zresztą pogadamy u ciebie. Będę za 10 minut. A i tak na marginesie, ja własnie miałem do ciebie jechać, bo twoja mama, poprosiła żebym cię popilnował, ale miło że zadzwoniłaś i o sobie przypomniałaś.- Zaśmiał się drwiąco.- Do zobaczenia.
-Co? Jak ona mogła? Co ja mam 10 lat?- Ale on już się rozłączył.
Keyle była strasznie wściekła, ale w sumie bawiło ją to. Później kiedy przygotowywała coś do jedzenia, nie mogła opanować śmiechu. Tak, Garet zawsze musiał wystrzelić z czymś takim i rozluźnić atmosferę. Dzięki niemu dziewczyna, zapomniała po co do niego dzwoniła i że wogóle mogłaby się czegoś bać. Kiedy tylko przygotowała wszystko usłyszała dzwonek do drzwi.
Chwyciła za klamkę i zgrabnie je otworzyła. Zmarszczyła brwi. Po drugiej stronie nikt nie stał. W pierwszym momencie pomyślała, że to Garet robi sobie z niej żarty, lecz potem doszła do wniosku, że nie robiłby czegoś tak dziecinnego. Rozglądnęła się na boki. Nie zauważyła nikogo uciekającego, ani stłumionego śmiechu. Do jej uszu dochodziły tylko odgłosy świerszczy. Wycofała się za próg i chciała już zamknąć drzwi, ale coś przykuło jej uwagę. Na wycieraczce leżała fotografia.
Pewnego wieczoru poszła wysprzątać grobowiec swoich rodziców i już nie powróciła. Nikt nie wiedział co się stało. Poszukiwania trwały pare tygodni, później rodzina się poddała i wszyscy uznali Marie za martwą. Kayle nie wiedziała nic więcej, a to było o wiele za mało, żeby podjąć jakiekolwiek kroki w poszukiwaniach. Nie było dnia, aby nie myślała o tej całej historii. Nie mogła przez to jeść i spać. Rodzina zaczynała się o nią matwić. Dziewczyna nie chciała się przed nimi otworzyć. Jedyną osobą, która potrafiła ją rozbawić był Garet. Od ostatniego spotkania bardzo się polubilii zauwarzyli, że mają ze sobą dużo wspólnego. Dzięki niemu nie była w szkole taka samotna i mogła oderwać się od ostatnich kłopotów. Czuła ze znalazła prawdziwego przyjaciela, lecz kiedy wracała do domu powracał strach i uczucie pustki.
***
- Gdzie idziesz? - Gdy ujrzała matkę usiadła z wrażenia. Była ubrana w granatową suknię ciągnąnąca się do ziemi. Blond włosy, które zawsze nosiła rozpuszczone dziś upięła w kok. Wyglądała naprawdę olśniewająco.
- Coś nie tak? - Zrobiła zdziwioną minę i zatrzepotała długimi rzęsami, pokazując przy tym perfekcyjnie pomalowane powieki.
- Nie, wyglądasz...- Nie mogła znaleźć odpowiedniego słowa, które nie świadczyłoby o jej nagannym słownictwie. - Pięknie! Gdzie się wybierasz? - ściągnęła lekko brwi.
- Idę z twoim tatą na kolację. - U jej boku pojawił się Morgan, jak za zamachem magicznej różdżki.
W odświętnym stroju wyglądał niczym aktor z "Facetów w czerni". Największą uwagę przykuwały jego oczy. Duże i blado niebieskie, z małymi źrenicami.Spod garnituru odznaczały się mięśnie.
Z salonu wybiegł Max z przerażoną miną. Dotarł do rodziny z prędkością światła potykając się o własne nogi.
- Nie, nie, nie! Gdzie wy idziecie nie zostawiajcie mnie z nią! - Machną ręką wskazując na swoją siostrę. Brunetka posłała mu złowieszczy uśmiech i wyszeptała "zginiesz". - Słyszeliście ją! Ona mnie zabije! Rozumiecie ZA-BI-JE.
Mama popatrzyła na nią z pogardą. Kayle zrobiła minę niewiniątka, a gdy matka zerknęła błagalnie na ojca, wysłała bratu ostrzegawcze spojrzenie.
- Po drodze na kolację możemy podrzucić cię do babci. - Westchnął Morgan, kierując się w stronę drzwi. Zanim zamknął je za sobą powiedział tylko żeby się pośpieszyli.
Chłopak pobiegł na górę, zostawiając je same w korytarzu.
- Zostajesz sama w domu, wiesz? - Przytaknęła, dokładnie nie wiedząc co to może oznaczać. - Nie chcę żebyś zrobiła coś czego potem będziesz żałować.
- Do czego zmierzasz? - Poirytowała się.
- Pod naszą nieobecność nie robisz w tym domu żadnej imprezy, ani nic w tym stylu.
- Ha, ha, ha ciekawe kogo bym miała zaprosić? - Chyba tylko Gerarda, a z tego co wiem to do zrobienia imprezy trzeba przynajmniej 10 osób... Uznała, że nie ma sensu tego mówić.
Elizabeth miała już odpowiedzieć, lecz przybiegł Max trzymając w ręku psvita. Nigdy tak się jeszcze nie cieszyła z jego obecności. Matka sięgnęła zgrabną dłonią do klamki powoli ją naciskając. Dziewczyna patrzyła na nią z napięciem.
- Będziemy pewnie koło 22. - Kayle spojrzała w jej oczy pełne niepokoju. Czy ona naprawdę myślała, że mogę "zrobić coś głupiego"?
- Dobra. Nie martw się będę grzeczna. - Uśmiechnęła się najszczerzej jak potrafiła.
Drzwi w końcu otworzyły się wpuszczając do domu lekki podmuch wieczornego wiatru. Nastolatka odgarnęła włosy z twarzy. Mimowolnie uśmiechnęła się mając już plany na dzisiejszy wieczór.
Zmierzała ku górze po schodach najciszej jak potrafiła. Nie mogła stwierdzić co w tej sytuacji czuła. Strach, zaciekawienie? Szła wzdłuż wąskiego korytarza, jeżdżąc opuszkami palców po boazerii. Im bardziej zbliżała się do drzwi swojego pokoju, tym większe ogarniało ją poczucie zagrożenia, ale za razem czuła nieotparte wrażenie, że coś ją tam ciągnie, że nie może stać tutaj bezczynnie. Uniosła dłoń i powoli nacisnęła klamkę. Przed jej twarzą ukazał się widok jej zwykłego pokoju, bez żadnych niespodzianek. Fioletowe ściany a na jednej z nich poodbijane kolorowe, dziecęce ręcę już się nie rozpływały. Były normalne, mimo to już nie podobały się jej tak jak kiedyś. Po tym wszystkim na pewno przemaluje pokój na pomarańczowo, albo na niebiesko i żadnych malowideł na ścianach. Okno na wprost drzwi ukazyłało przepiekny widok na polanę. Nie było na niej nic prócz drzew. Gdy wstało się wcześnie rano można było podziwiać piękny wschód słońca, które wyglądało jakby szło ku domowi. Wyłaniało się powoli zza horyzontu, a później zamiast iść napszód unosiło się do góry. Pod oknem stało drewniane biórko, a na nim lampka i stos książek i zeszytów, które Keyle sprzątała tylko na święta i wakacje. Po lewej stronie widac było wysokie łóżko z szufladami i fioletową narzutą na kołdrze. Nad nim wisiała półka zapęłniona książkami. Niektóre z nich pamiętały jeszcze czasy sprzed stanu wojennego. Po prawej stronie stała szafa na ubrania, a obok niej regał z tysiącem różnych bibelotów, zdjęć i albumów. Pokój nie był duży, ale spełniał swoją rolę w stu procentach. Jednak teraz to już nie był jej dawny, bezpieczny pokoik. Wyraźnie wyczuwała tu czyjąś obecność, jakby ktoś, albo coś śledziło każdy jej ruch. To wrażenie nasiliło się jeszcze bardziej, gdy na dole nie słyszała znanych jej kroków, kojącego dźwieku telewizora, czy szumu płynącej wody z prysznica. Nasilający się niepokój przepełniał jej głowę, a mrożące krew w żyłach myśli opętały umysł. Ja mam naprawdę zbyt rozwiniętą wyobraźnie. Przecież to idiotyczne.
Nie mogła wysiedzieć dłużej w pokoju, szczególnie nie sama. Szybkim krokiem, nieoglądajac się za siebie zeszła na dół. Złapała za telefon i wykręciła numer do Gareta. W końcu mama powiedziała żebym nie zrobiła imprezy, jedna osoba nam domu nie zawali. Jeszcze przez chwile zastanawiała się czy to napewno dobry pomysł, ale w końcu nacisnęła zieloną słuchawkę. Biip, biip, biip cały czas dzwoniło jej w uszach. Biip... Czy to na pewno dobry pomysł. Może on po prostu nie chce odebrać ode mnie telefonu. Biip... Dobra jeszcze tylko trzy sygnały i się rozłączam.
Biip... biip
- Halo.- Usłyszała w słuchawce znany głos właśnie wtedy kiedy chciała się rozłączyć. - Kayle to ty? Coś się stało?
- Cześć Garet.- Poczuła ulgę, że odebrał. Miała tylko nadzieje, że zgodzi się przyjść i nie zrozumie tego opacznie.- Wiesz, bo rodzice pojechali na jakąś impreze czy coś w tym stylu no i zostałam sama w domu.- Nie wierze, że proszę go o coś takiego. W jej głowie brzmiało to o wiele lepiej niż w rzeczywistości.- No i...
- Co córeczka tatusia sie boi?- Zapytał drwiąco. Boże jaki obciach. Po co ja to zrobiłam?- Chcesz żebym przyszedł?
- A mógłbyś?- Zapytała niepewnie przyjaciela. Może nie kolegowali się, aż tak bardzo aby można było uznać ich przyjaźń na śmierć i życie, ale dziewczyna nie miała nikogo innego kogo mogła poprosić o pomoc, żadnej przyjaciółki czy nawet koleżanki z sąsiedztwa. Jakoś nie dogadywała się z rówieśnikami, tylko Garet był wyjątkiem.
-Pewnie. Moich rodziców też nie ma w domu i wróca dopiero rano, nocują u jakiejś znajomej.- Kayle odetchnęła z ulgą. Cieszyła się że nie będzie sama, ale jeszcze bardziej że Garet zrozumiał o co jej chodzi. Wiedziała że to jej prawdziwy przyjaciel. Mało kto zdecydowałby się na takie coś, bo jakaś strachliwa nastolatka sobie tak zażyczyła.- A tak w ogóle co się takiego stało?
-Nic, poprostu nie chce być sama.
- Nie sądze żebyś dzwoniła tylko dlatego, bo nie chcesz być sama. To chyba coś bardziej poważnego, co?- Dopytywał się zaciekawionym tonem. Kayle nie chciała mu mówić, dlaczego tak naprawdę go zaprasza, bo bała się że jej nieuwierzy i uzna ją za chorą umysłowo, ale to, że chłopak wiedział, że to nie tylko zwykły strach przed samotnością cieszyło ją, było to kolejnym dowodem na to, że w końcu znalazła prawdziwego przyjaciela.- A zresztą pogadamy u ciebie. Będę za 10 minut. A i tak na marginesie, ja własnie miałem do ciebie jechać, bo twoja mama, poprosiła żebym cię popilnował, ale miło że zadzwoniłaś i o sobie przypomniałaś.- Zaśmiał się drwiąco.- Do zobaczenia.
-Co? Jak ona mogła? Co ja mam 10 lat?- Ale on już się rozłączył.
Keyle była strasznie wściekła, ale w sumie bawiło ją to. Później kiedy przygotowywała coś do jedzenia, nie mogła opanować śmiechu. Tak, Garet zawsze musiał wystrzelić z czymś takim i rozluźnić atmosferę. Dzięki niemu dziewczyna, zapomniała po co do niego dzwoniła i że wogóle mogłaby się czegoś bać. Kiedy tylko przygotowała wszystko usłyszała dzwonek do drzwi.
Chwyciła za klamkę i zgrabnie je otworzyła. Zmarszczyła brwi. Po drugiej stronie nikt nie stał. W pierwszym momencie pomyślała, że to Garet robi sobie z niej żarty, lecz potem doszła do wniosku, że nie robiłby czegoś tak dziecinnego. Rozglądnęła się na boki. Nie zauważyła nikogo uciekającego, ani stłumionego śmiechu. Do jej uszu dochodziły tylko odgłosy świerszczy. Wycofała się za próg i chciała już zamknąć drzwi, ale coś przykuło jej uwagę. Na wycieraczce leżała fotografia.
wtorek, 23 lipca 2013
Rozdział 3
Kayle smacznie spała w swoim wygodnym łóżku. Jednak nie na długo, gdyż zbudził ja dźwięk budzika. Śpiąca zwlekła się z łóżka i podążyła do łazienki. Ochlapała swą twarz zimną woda z kranu. Kropelki, które spływały po jej policzkach przyprawiały ja o dreszcze. Spojrzała na swoje odbicie w lusterku i ujrzała coś przerażającego, a mianowicie kobietę ubraną w czerń ze snu. Poczuła, że nie może wykonać żadnego ruchu, była sparaliżowana strachem. Zjawa wpatrywała się w nią swoimi czarnymi oczyma. Gdyby można było zabijać wzrokiem to Kayle już by nie żyła. Czuła na karku oddech Czarnej Damy. W powietrzu unosił się zapach rozkładającego się mięsa. Zbierało się jej na wymioty. Ogromne szpony zacisnęły się na ramieniu dziewczyny. Z przerażenia zacisnęła mocno swoje powieki. Miała wrażenie że stoi tam godzinami, choć pewnie wszystko trwało tylko parę sekund. Nagle uścisk zelżał, a gorący oddech na karku rozpłynął się i zniknął na zawsze, przynajmniej tak się jej wydawało.
Powoli otworzyła oczy, lecz była to najtrudniejsza rzecz jaką musiała kiedykolwiek zrobić. Spojrzała w lustro. Tym razem już nikt za nią nie stał. Chciała sprawdzić czy na jej ramieniu są może rany po morderczym uścisku, lecz zbyt się bała wykonać ten prosty ruch. Ponownie ochlapała się wodą, żeby znowu móc normalnie funkcjonawać. Chwyciła za ręcznik, lecz kiedy chciała otrzeć się nim, nie trzymała w dłoniach błękitnego materiału, lecz czarny kapelusz, który doskonale znała. Ten właśnie kapelusz miała na głowie zjawa, którą przed chwila ujrzała w lustrze i która ukazała sie jej we śnie.
Szybko wybiegła z łazienki i ruszyła po schodach na dół. Wiedziała że jeśli jest jeszcze jakieś bezpieczne miejsce w domu to właśnie salon. Nie chciała nawet myśleć co mogłaby zastać w swoim małym pokoju. Usiadła na kanapie i zwinęła się w kłębek.
- Co się stało? Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha.- Keyle podskoczyła jak oparzona. Dopiero po chwili zorientowała się, że to jej mama stoi nad nią.
- Nic, po prostu się nie wyspałam.- Skłamała, żeby nie wyjść na wariatkę. Jeszcze tego brakowało, aby wysłali mnie do psychiatryka, pomyślała.
- Zbieraj się, za 10 minut przyjeżdża autobus.- Powiedziała mama.- Tylko wróć dzisiaj zaraz po lekcjach, bo musisz mi pomóc w przygotowaniu kolacji.- Tak na pewno będę się pałętać po okolicy po tym co zobaczyłam. Pomyślała nastolatka mimo że wiedziała, że nikt nie wie co sie przed chwilą stało.- Będziemy mieć dzisiaj gości. Przyjeżdżają do nas starzy znajomi ze studiów. Będzie z nimi chłopak w twoim wieku, dlatego nie będziesz sie nudzić. - Keyle stęknęła, nienawidziała opiekować się swoimi rówieśnikami. Zawsze natrafiała na kujonów, którzy potrafili opowiadać tylko o budowie pantofelka, albo na nieśmiałe dzieciątka, które znały tylko dwa słowa- tak i nie, ale wiedziała że nie ma innego wyjścia, nawet gdyby miała 39 stopni gorączki musiała by się przywitać i przeprowadzić krótką pogawędke z dorosłymi, po czym jej mama oznajmiłaby "O widzę, że się już dobrze czujesz. No to chyba mogłabyś zająć się kolegą? " Ale teraz miała bardziej poważne problemy niż rozmowy z rozpieszczonymi nastolatkami. Musiała dowiedzieć się kto, lub co nawiedziło ją w łązience i czego od niej chce.
W szkole było dzisiaj wyjątkowo parszywie. Nie dość, że pani z biologi postanowiła zrobić "krótką kartkókę" to jeszcze matematyczka wpisała jej uwagę za nieuwarzanie na lekcji, a później drugą za pyskowanie do nauczyciela, jeśli pyskowaniem można nazwać cisze, gdy pytała o numerek z dziennika. Do tego Keyle cały czas myślała o Czarnej Damie, czychającej na nią w domu.
Gdy tylko przestąpiła próg mieszkania, mama już zaczęła dyktować jej liste zadań na dziś. Dziewczyna szybko zjadła obiad i przystąpiła do sprzątania i obierana warzyw. Gdy skończyła pozostało jej tylko ubrać się "jak człowiek". I wtedy nastolatka poczuła uścisk w żołądku. Żeby wybrać jakieś ładne ciuchy musiała najpierw wejść po schodach na górę do swojego pokoju i zmierzyć się ze swoim największym lękiem. Długo niemogła się przemóc, lecz kiedy mama spytała ją czemu stoi pod schodami i nic nie robi poczuła że musi się ruszyć. Pierwszy krok był najtrudniejszy, później było już coraz łatwiej. Nie patrzyła na drzwi łązienki, ani na strych, miała tylko jeden cel, wziąć ubranie i wrócić na dół.
Stała przed szafą tylko chwile, a przynajmniej krócej niż zwykle, później wyszła z pokoju, lecz im bliżej była schodów tym szybciej szła, aż w końcu zaczęła biec. Wiedziała że jak ktoś ją zobaczy biegnącą jak opętana po korytarzu zacznie się poważnie zastanawiać czy nie trzeba wezwać specjalisty, ale nie chciała już dłużej tutaj być. Czuła, że nie jest tu sama, że ktoś za nią kroczy, jak cień, lub może jeszcze coś gorszego.
Ledwie ubrała niebieską sukienkę i wyprostowała włosy, a usłyszała dzwonek do drzwi. Wyjrzała niepewnie na korytarz i przemknęła się do salonu. Nie lubiła witać się z gośćmi. To całe obściskiwanie i całowanie po policzkach nie pasowało jej, jednak kiedy się kogoś długo nie widzi nie obędzie się bez tego. Do salonu weszła mama, a za nią para małżonków i ich syn.
- Kayle poznaj proszę, moją starą znajomą Lucy - Mama wskazała ręką kobietę w kruczoczarnych kręconych włosach. Jej czerwona suknia opinała duży biust i sięgała jej kolan. Miała na sobie wysokie szpilki tego samego koloru, które dodatkowo wydłużały jej nogi. Na twarzy widniał mocny makijaż, a ręce były ozdobienie złotymi pierścionkami. - i jej męża Renny'ego . - Wskazała ręką na wysokiego bruneta z okularami w grubych ramkach. Miał szara koszulę z krawatem kolory czerwień, czarne spodnie w kant , oraz czarne trampki Converse. A nie mówiłam, że kujon? - A to ich syn Gerard.
Gerard wcale nie wyglądał jak kujon, wręcz przeciwnie. Włosy miał postawione ku górze. Czarne jak smoła, kontrastowały z dużymi niebieskimi oczyma. Strój też nie wskazywał na to, że interesuje go budowa pantofelka, lub jakiegoś kolwiek innego podwodnego zwierzęcia. Jego ubranie nawet nie przypominał eleganckiego. Czarna skórzana kurtka, narzucona na białą koszulkę, do tego ciemne jeansy i tak jak jego ojciec nosił buty Converse.
- Rozgośćcie się. - Elizabeth uśmiechnęła się szeroko do swoich gości. - Za chwilę przeniesiemy się do jadalni na kolację.
Tak też się stało. Dziewczyna cieszyła się, że nastało to w niedługim czasie, bo o czym by miała rozmawiać z ludźmi których dopiero co poznała?
Jadalnia była średnim pomieszczeniem z wielkim stołem nakrytym białym obrusem. Na beżowych ścianach wisiały piękne obrazy w starych drewnianych ramach, a dookoła było mnóstwo kwitnących na wszystkie kolory tęczy kwiatów. Na podłodze leżał ciemnoczerwony dywan, który ożywiał cały pokój. Stół był zastawiony różnymi potrawami, także Kayle poczuła się jakby była Wigilijna Noc. Zastanawiała się skąd jej rodzice mieli na to wszystko pieniądze, ostatnio im się nie powodziło finansowo.
Gdy wszyscy zasieli do stołu pani Richardson przyniosła gorącą pieczeń i nałożyła każdemu na talerz. Jak Wigilia z trzema niespodziewanymi gośćmi. Wszyscy chętnie ze sobą rozmawiali, a goście chwalili potrawy. Wszystko było wspaniale, aż do czasu. Do jadalni wbiegł Max, wrzeszcząc, że na dzisiejszym meczu strzelił gola. Zaraz po nim wszedł radosny Morgan, pod ręką trzymając piłkę. Przywitał się szybko z gośćmi i usiadł na wolnym miejscu.
- O Mamo, mamo patrz! - Wziął do ręki piłkę, gdy nikt już nie zwracał na niego uwagi. - Pokaże ci jak strzeliłem tego gola!
- Kochanie, nie wydaje mi się żeby to był dobry pomysł. - Elizabeth delikatnym ruchem próbowała wziąć piłkę synowi lecz na próżno. Futbolówka już była w górze, nie trafiła w kogo innego jak w Kayle. Na jej nieszczęście piła właśnie sok z czarnej porzeczki, który wylądował na jej sukience, a po części na beżowej ścianie.
- Gol... - Powiedział ściszonym głosem Max i uniósł ręce do góry.
- Zabiję cie ty idioto! - Wykrzyknęła z całej siły.
- Jak ty się odzywasz do brata?! - Jej tata podniósł głos, a jego usta formowały się w cienką kreskę.
- Czy ty jesteś ślepy? Nie widzisz co zrobił? - Patrzyła na niego wściekle, chyba zapomniała że to on jest jej ojcem. Zwróciła się teraz do brata. - Zobaczysz kiedyś cię dopadnę i nie będzie przy tobie nikogo kto ci może pomóc!
Wybiegła na górę wściekła jak nigdy dotąd. Chyba nigdy nie zapomni tych wszystkich zaskoczonych, a zarazem zażenowanych spojrzeń. Uciekła do łazienki całkiem zapominając co wydarzyło się tego ranka. Zaczęła wycierać plamę wodą, ale nic to nie dało. Ktoś nagle wszedł do łazienki. Odwróciła się raptownie.
- Co?! - Popatrzyła groźnie na Gerarda.
- Nic. Przyszłem tylko umyć ręce. - Uśmiechną się pod nosem. - Nieźle się wkurzyłaś.
Oczywiście musiał zacząć ten temat.
- Tak, ty nie wiesz jaki on jest. Czyha na ciebie w każdym zakamarku, żeby cię tylko skompromitować! Udało mu się i to kolejny raz... - Z żalem patrzyła na swoją sukienkę, wiedziała że już jej nigdzie nie założy.
- Do jakiej szkoły chodzisz? - Spytał wycierając ręce w ręcznik.
- Do Right Flaid.
- A no tak kojarzę cię. Dziewczyna od puszki. - Zaśmiał się. Widać bardzo dobrze pamiętał te scenę, w której Kayle otwierała puszkę z colą i nagle pryska jej prosto w twarz.
- Ale śmieszne. Tak szczerze to cię nigdy nie widziałam na korytarzu.
- To masz kiepski wzrok. Jak można mnie nie zauważyć. - Wyszczerzył swoje białe zęby do niej. Nagle coś przykuło jego uwagę. Była to czarna woalka wisząca na wieszaku. - Ktoś ci zmarł? - Zapytał sarkastycznie wkładając na głowę nakrycie i robiąc głupie miny.
- Oddawaj to! - Szybkim ruchem zabrała przedmiot i schowała za plecy.
- Wyluzuj. Co jesteś taka spięta? - Miała ochotę zmyć mu ten cwaniacki uśmieszek z jego twarzy. Zrobiłaby to na pewno, gdyby opowiedziała mu wydarzenia ostatnich dni.
- A tobie dlaczego pies zjadł grzebień? - Wypaliła.
- Nie mam psa.
- A ja nie jestem spięta! - Wypchnęła go za drzwi, tym razem je zamykając.
Podniosła woalkę z ziemi. Zobaczyła pod spodem napis "Marie Dale".
- Babcia?!
Powoli otworzyła oczy, lecz była to najtrudniejsza rzecz jaką musiała kiedykolwiek zrobić. Spojrzała w lustro. Tym razem już nikt za nią nie stał. Chciała sprawdzić czy na jej ramieniu są może rany po morderczym uścisku, lecz zbyt się bała wykonać ten prosty ruch. Ponownie ochlapała się wodą, żeby znowu móc normalnie funkcjonawać. Chwyciła za ręcznik, lecz kiedy chciała otrzeć się nim, nie trzymała w dłoniach błękitnego materiału, lecz czarny kapelusz, który doskonale znała. Ten właśnie kapelusz miała na głowie zjawa, którą przed chwila ujrzała w lustrze i która ukazała sie jej we śnie.
Szybko wybiegła z łazienki i ruszyła po schodach na dół. Wiedziała że jeśli jest jeszcze jakieś bezpieczne miejsce w domu to właśnie salon. Nie chciała nawet myśleć co mogłaby zastać w swoim małym pokoju. Usiadła na kanapie i zwinęła się w kłębek.
- Co się stało? Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha.- Keyle podskoczyła jak oparzona. Dopiero po chwili zorientowała się, że to jej mama stoi nad nią.
- Nic, po prostu się nie wyspałam.- Skłamała, żeby nie wyjść na wariatkę. Jeszcze tego brakowało, aby wysłali mnie do psychiatryka, pomyślała.
- Zbieraj się, za 10 minut przyjeżdża autobus.- Powiedziała mama.- Tylko wróć dzisiaj zaraz po lekcjach, bo musisz mi pomóc w przygotowaniu kolacji.- Tak na pewno będę się pałętać po okolicy po tym co zobaczyłam. Pomyślała nastolatka mimo że wiedziała, że nikt nie wie co sie przed chwilą stało.- Będziemy mieć dzisiaj gości. Przyjeżdżają do nas starzy znajomi ze studiów. Będzie z nimi chłopak w twoim wieku, dlatego nie będziesz sie nudzić. - Keyle stęknęła, nienawidziała opiekować się swoimi rówieśnikami. Zawsze natrafiała na kujonów, którzy potrafili opowiadać tylko o budowie pantofelka, albo na nieśmiałe dzieciątka, które znały tylko dwa słowa- tak i nie, ale wiedziała że nie ma innego wyjścia, nawet gdyby miała 39 stopni gorączki musiała by się przywitać i przeprowadzić krótką pogawędke z dorosłymi, po czym jej mama oznajmiłaby "O widzę, że się już dobrze czujesz. No to chyba mogłabyś zająć się kolegą? " Ale teraz miała bardziej poważne problemy niż rozmowy z rozpieszczonymi nastolatkami. Musiała dowiedzieć się kto, lub co nawiedziło ją w łązience i czego od niej chce.
W szkole było dzisiaj wyjątkowo parszywie. Nie dość, że pani z biologi postanowiła zrobić "krótką kartkókę" to jeszcze matematyczka wpisała jej uwagę za nieuwarzanie na lekcji, a później drugą za pyskowanie do nauczyciela, jeśli pyskowaniem można nazwać cisze, gdy pytała o numerek z dziennika. Do tego Keyle cały czas myślała o Czarnej Damie, czychającej na nią w domu.
Gdy tylko przestąpiła próg mieszkania, mama już zaczęła dyktować jej liste zadań na dziś. Dziewczyna szybko zjadła obiad i przystąpiła do sprzątania i obierana warzyw. Gdy skończyła pozostało jej tylko ubrać się "jak człowiek". I wtedy nastolatka poczuła uścisk w żołądku. Żeby wybrać jakieś ładne ciuchy musiała najpierw wejść po schodach na górę do swojego pokoju i zmierzyć się ze swoim największym lękiem. Długo niemogła się przemóc, lecz kiedy mama spytała ją czemu stoi pod schodami i nic nie robi poczuła że musi się ruszyć. Pierwszy krok był najtrudniejszy, później było już coraz łatwiej. Nie patrzyła na drzwi łązienki, ani na strych, miała tylko jeden cel, wziąć ubranie i wrócić na dół.
Stała przed szafą tylko chwile, a przynajmniej krócej niż zwykle, później wyszła z pokoju, lecz im bliżej była schodów tym szybciej szła, aż w końcu zaczęła biec. Wiedziała że jak ktoś ją zobaczy biegnącą jak opętana po korytarzu zacznie się poważnie zastanawiać czy nie trzeba wezwać specjalisty, ale nie chciała już dłużej tutaj być. Czuła, że nie jest tu sama, że ktoś za nią kroczy, jak cień, lub może jeszcze coś gorszego.
Ledwie ubrała niebieską sukienkę i wyprostowała włosy, a usłyszała dzwonek do drzwi. Wyjrzała niepewnie na korytarz i przemknęła się do salonu. Nie lubiła witać się z gośćmi. To całe obściskiwanie i całowanie po policzkach nie pasowało jej, jednak kiedy się kogoś długo nie widzi nie obędzie się bez tego. Do salonu weszła mama, a za nią para małżonków i ich syn.
- Kayle poznaj proszę, moją starą znajomą Lucy - Mama wskazała ręką kobietę w kruczoczarnych kręconych włosach. Jej czerwona suknia opinała duży biust i sięgała jej kolan. Miała na sobie wysokie szpilki tego samego koloru, które dodatkowo wydłużały jej nogi. Na twarzy widniał mocny makijaż, a ręce były ozdobienie złotymi pierścionkami. - i jej męża Renny'ego . - Wskazała ręką na wysokiego bruneta z okularami w grubych ramkach. Miał szara koszulę z krawatem kolory czerwień, czarne spodnie w kant , oraz czarne trampki Converse. A nie mówiłam, że kujon? - A to ich syn Gerard.
Gerard wcale nie wyglądał jak kujon, wręcz przeciwnie. Włosy miał postawione ku górze. Czarne jak smoła, kontrastowały z dużymi niebieskimi oczyma. Strój też nie wskazywał na to, że interesuje go budowa pantofelka, lub jakiegoś kolwiek innego podwodnego zwierzęcia. Jego ubranie nawet nie przypominał eleganckiego. Czarna skórzana kurtka, narzucona na białą koszulkę, do tego ciemne jeansy i tak jak jego ojciec nosił buty Converse.
- Rozgośćcie się. - Elizabeth uśmiechnęła się szeroko do swoich gości. - Za chwilę przeniesiemy się do jadalni na kolację.
Tak też się stało. Dziewczyna cieszyła się, że nastało to w niedługim czasie, bo o czym by miała rozmawiać z ludźmi których dopiero co poznała?
Jadalnia była średnim pomieszczeniem z wielkim stołem nakrytym białym obrusem. Na beżowych ścianach wisiały piękne obrazy w starych drewnianych ramach, a dookoła było mnóstwo kwitnących na wszystkie kolory tęczy kwiatów. Na podłodze leżał ciemnoczerwony dywan, który ożywiał cały pokój. Stół był zastawiony różnymi potrawami, także Kayle poczuła się jakby była Wigilijna Noc. Zastanawiała się skąd jej rodzice mieli na to wszystko pieniądze, ostatnio im się nie powodziło finansowo.
Gdy wszyscy zasieli do stołu pani Richardson przyniosła gorącą pieczeń i nałożyła każdemu na talerz. Jak Wigilia z trzema niespodziewanymi gośćmi. Wszyscy chętnie ze sobą rozmawiali, a goście chwalili potrawy. Wszystko było wspaniale, aż do czasu. Do jadalni wbiegł Max, wrzeszcząc, że na dzisiejszym meczu strzelił gola. Zaraz po nim wszedł radosny Morgan, pod ręką trzymając piłkę. Przywitał się szybko z gośćmi i usiadł na wolnym miejscu.
- O Mamo, mamo patrz! - Wziął do ręki piłkę, gdy nikt już nie zwracał na niego uwagi. - Pokaże ci jak strzeliłem tego gola!
- Kochanie, nie wydaje mi się żeby to był dobry pomysł. - Elizabeth delikatnym ruchem próbowała wziąć piłkę synowi lecz na próżno. Futbolówka już była w górze, nie trafiła w kogo innego jak w Kayle. Na jej nieszczęście piła właśnie sok z czarnej porzeczki, który wylądował na jej sukience, a po części na beżowej ścianie.
- Gol... - Powiedział ściszonym głosem Max i uniósł ręce do góry.
- Zabiję cie ty idioto! - Wykrzyknęła z całej siły.
- Jak ty się odzywasz do brata?! - Jej tata podniósł głos, a jego usta formowały się w cienką kreskę.
- Czy ty jesteś ślepy? Nie widzisz co zrobił? - Patrzyła na niego wściekle, chyba zapomniała że to on jest jej ojcem. Zwróciła się teraz do brata. - Zobaczysz kiedyś cię dopadnę i nie będzie przy tobie nikogo kto ci może pomóc!
Wybiegła na górę wściekła jak nigdy dotąd. Chyba nigdy nie zapomni tych wszystkich zaskoczonych, a zarazem zażenowanych spojrzeń. Uciekła do łazienki całkiem zapominając co wydarzyło się tego ranka. Zaczęła wycierać plamę wodą, ale nic to nie dało. Ktoś nagle wszedł do łazienki. Odwróciła się raptownie.
- Co?! - Popatrzyła groźnie na Gerarda.
- Nic. Przyszłem tylko umyć ręce. - Uśmiechną się pod nosem. - Nieźle się wkurzyłaś.
Oczywiście musiał zacząć ten temat.
- Tak, ty nie wiesz jaki on jest. Czyha na ciebie w każdym zakamarku, żeby cię tylko skompromitować! Udało mu się i to kolejny raz... - Z żalem patrzyła na swoją sukienkę, wiedziała że już jej nigdzie nie założy.
- Do jakiej szkoły chodzisz? - Spytał wycierając ręce w ręcznik.
- Do Right Flaid.
- A no tak kojarzę cię. Dziewczyna od puszki. - Zaśmiał się. Widać bardzo dobrze pamiętał te scenę, w której Kayle otwierała puszkę z colą i nagle pryska jej prosto w twarz.
- Ale śmieszne. Tak szczerze to cię nigdy nie widziałam na korytarzu.
- To masz kiepski wzrok. Jak można mnie nie zauważyć. - Wyszczerzył swoje białe zęby do niej. Nagle coś przykuło jego uwagę. Była to czarna woalka wisząca na wieszaku. - Ktoś ci zmarł? - Zapytał sarkastycznie wkładając na głowę nakrycie i robiąc głupie miny.
- Oddawaj to! - Szybkim ruchem zabrała przedmiot i schowała za plecy.
- Wyluzuj. Co jesteś taka spięta? - Miała ochotę zmyć mu ten cwaniacki uśmieszek z jego twarzy. Zrobiłaby to na pewno, gdyby opowiedziała mu wydarzenia ostatnich dni.
- A tobie dlaczego pies zjadł grzebień? - Wypaliła.
- Nie mam psa.
- A ja nie jestem spięta! - Wypchnęła go za drzwi, tym razem je zamykając.
Podniosła woalkę z ziemi. Zobaczyła pod spodem napis "Marie Dale".
- Babcia?!
sobota, 22 czerwca 2013
Rozdział 2
Obudziła się cała spocona. Włosy lepiły się jej do karku, a oddech był ciężki.
Sola animae vivunt intus est vestrum, Sola animae vivunt intus est vestrum. Te słowa jak echo odbijały się w jej głowie, jakby ktoś rzucił na nią urok, nie mogła myśleć o niczym innym. Długo siedziała i zastanawiała się nad swoim snem, nad jego sensem. W końcu nie wytrzymała i wybiegła z pokoju. Przerażenie ogarnęło jej dusze, gdy zobaczyła że drzwi na strych są otwarte. Normalny człowiek uciekłby do swojego pokoju i schował się pod kądrą, ale ją coś tam ciągnęło, nie mogła się powstrzymać by tam zajrzeć. Za dnia strych nie wydawał się straszny, lecz teraz mógł skrywać wiele tajemnic. Ciemna odchłań pochłonęła ją. Chciała zaświecić światło, lecz żarówka się spaliła. Wzięła latarkę i weszła głąb.
Rozglądala się z niecierpliwieniem po pomieszczeniu. Było ono duże, a na regałach można było dojrzeć stare, porcelanowe lalki, które w nocy jakby śledziły każdy jej ruch. W kątach stały zakurzone stoliki nocne, a na suficie wisiały wiekowe obrazy w złotych, zdobionych ramach. Wszędzie walały sie kartonowe pudełka przypominające lata z dzieciństwa.
Nagle okno się otworzyło, a podmuch wiatru zatrzasnął dzrzwi. Jej latarka zaczęła migać, a potem zgasła. Zdesperowana uderzała nią w dłoń, lecz nic to nie dało. Ciemność na dobre zapadła. Z półki spadła lalka. Kawałki porcelany rozsypały się po podłodze. Coś musnęło ją po łydce. Strach ogarnął ją do reszty. Odskoczyła do tyłu i zaplątała się w stary, brudny całun. Pachniał stęchlizną. Nie mogła oddychać. Była przerażona. Miotała sie po pomieszczeniu, aż w końcu udało się jej wyplątać z tego piekielnego materiału. Nie wiedziała z kąt on się tam właściwie wziął.
W pewnym momencie zaświeciła się latarka. Jej światło oświetlało mały, czarny napis, który widniał na ścianie. Wstała z zimnych paneli i podeszła bliżej.
- Sola animae vivunt intus est vestrum.- Przeczytała na głos. Podparła się ręką, lecz od razu runęła na ziemię. Znajdowała się w dziwnym, ukrytym miejscu. Nigdy nie pomyślała, że coś takiego może ukrywac się w jej rodzinnym domu.
Była całą mokra. Kurz lepił się do niej jak pszczoły do miodu. Strach, zdziwienie i zaintrygowanie wzięły górę. Nastawał ranek. Wiedziała, że za chwile zadzwoni jej budzik. Szybko wybiegła z sekretnego pokoju. Zamknęła drzwi i zasłoniła napis całunem, aby nie pozostawić żadnych śladów.
Sola animae vivunt intus est vestrum, Sola animae vivunt intus est vestrum. Te słowa jak echo odbijały się w jej głowie, jakby ktoś rzucił na nią urok, nie mogła myśleć o niczym innym. Długo siedziała i zastanawiała się nad swoim snem, nad jego sensem. W końcu nie wytrzymała i wybiegła z pokoju. Przerażenie ogarnęło jej dusze, gdy zobaczyła że drzwi na strych są otwarte. Normalny człowiek uciekłby do swojego pokoju i schował się pod kądrą, ale ją coś tam ciągnęło, nie mogła się powstrzymać by tam zajrzeć. Za dnia strych nie wydawał się straszny, lecz teraz mógł skrywać wiele tajemnic. Ciemna odchłań pochłonęła ją. Chciała zaświecić światło, lecz żarówka się spaliła. Wzięła latarkę i weszła głąb.
Rozglądala się z niecierpliwieniem po pomieszczeniu. Było ono duże, a na regałach można było dojrzeć stare, porcelanowe lalki, które w nocy jakby śledziły każdy jej ruch. W kątach stały zakurzone stoliki nocne, a na suficie wisiały wiekowe obrazy w złotych, zdobionych ramach. Wszędzie walały sie kartonowe pudełka przypominające lata z dzieciństwa.
Nagle okno się otworzyło, a podmuch wiatru zatrzasnął dzrzwi. Jej latarka zaczęła migać, a potem zgasła. Zdesperowana uderzała nią w dłoń, lecz nic to nie dało. Ciemność na dobre zapadła. Z półki spadła lalka. Kawałki porcelany rozsypały się po podłodze. Coś musnęło ją po łydce. Strach ogarnął ją do reszty. Odskoczyła do tyłu i zaplątała się w stary, brudny całun. Pachniał stęchlizną. Nie mogła oddychać. Była przerażona. Miotała sie po pomieszczeniu, aż w końcu udało się jej wyplątać z tego piekielnego materiału. Nie wiedziała z kąt on się tam właściwie wziął.
W pewnym momencie zaświeciła się latarka. Jej światło oświetlało mały, czarny napis, który widniał na ścianie. Wstała z zimnych paneli i podeszła bliżej.
- Sola animae vivunt intus est vestrum.- Przeczytała na głos. Podparła się ręką, lecz od razu runęła na ziemię. Znajdowała się w dziwnym, ukrytym miejscu. Nigdy nie pomyślała, że coś takiego może ukrywac się w jej rodzinnym domu.
Była całą mokra. Kurz lepił się do niej jak pszczoły do miodu. Strach, zdziwienie i zaintrygowanie wzięły górę. Nastawał ranek. Wiedziała, że za chwile zadzwoni jej budzik. Szybko wybiegła z sekretnego pokoju. Zamknęła drzwi i zasłoniła napis całunem, aby nie pozostawić żadnych śladów.
sobota, 15 czerwca 2013
Rozdział 1.
Stała jak wryta na środku pokoju. Nie wiedziała co się właśnie stało.
- Kayle, przebrałaś się już ? - Ten głos przywrócił ją do życia.
- Nie, jeszcze nie. - Wymówiła z trudem.
- To szybko, bo obiad stygnie.
- Dobra już idę.
Kiedy się przebierała jej młodszy brat wpadł do pokoju.
- Ha ha ha, twoje zdjęcie zrobi na Fejsie furorę. - Jego śmiech doprowadzał ją do szału. Brzmiał jak jęk karła na bagnie, który właśnie się w nim topi.
- Zamknij japę ty mała świnio ! - Miała dość tych jego żałosnych żarcików. - Przecież nawet ty nie masz tam konta !
- Kayle Richardson toples ! Chłopaki pewnie za tobą szaleją. - Ten jedenastolatek był za mądry jak na swój wiek, pomyślała.
Rzuciła w niego mokrą koszulką i kazała mu się wynosić. Uciekł z jej pokoju śmiejąc się głośno.
Zmarnowana zeszła do kuchni i powoli żuła wołowinę. Do pomieszczenia wszedł jej tata, cały przemoczony. Nie wiedziała po co naprawiał to ogrodzenie w taką pogodę, przecież jutro też jest dzień. Swoimi dużymi butami naniósł masę błota. Fajnie by było, gdyby Max się na tym poślizgnął, pomyślała śmiejąc się w myślach.
- Morgan naprawiłeś to ogrodzenie ? - Zapytała Elizabeth.
- Tak, już wszystko jest dobrze. - Odpowiedział dumny z siebie. Krople na jego ciemnych włosach w świetle lampy wyglądały jak miliony kryształków. Na jego policzkach malowały się czerwone rumieńce, lecz reszta twarzy pozostawała blada. Był on wysokim dobrze zbudowanym mężczyzną o szerokich ramionach i wąskich biodrach. Musiała przyznać, że był dość przystojny.
Strach ogarniał ją kiedy myślała o powrocie do swojego pokoju. Nie wiedziała co może tam zastać. Po dłuższym namyśle zebrała się w sobie, i uznała że z przemęczenia uroiła sobie ostatnie wydarzenie.
Wieczorem czytała swoją ulubioną książkę "Igrzyska śmierci". Jej powieki były tak ciężkie, że w końcu opadły.
* * *
Obudziłam się w ciasnym pomieszczeniu. Leżałam na zimnych panelach. Gdy wstałam zakręciło mi się w głowie. Przede mną stała młoda kobieta ubrana w zwiewną, ciemną sukienkę. Na głowie miała czarną woalkę, którą ubiera się zazwyczaj na pogrzeby. Miałam wrażenie że skądś ją znam, ale nie wiedziałam skąd. Nagle drewniane, masywne drzwi otworzyły się, a ona zniknęła. Szłam wzdłuż wąskiego korytarza. Ściany były pokryte boazerią. Na końcu zobaczyłam schody prowadzące na górę. Idąc po nich dotarłam do wejścia na strych. Kiedy zapuściłam się w głąb zobaczyłam otwarta klapę na dach. Zajrzałam tam i od razu tego pożałowałam.
- Wracam do ciebie najmilsza, Maria. - Zawołał młody mężczyzna i skoczył.
Nie zdążyłam zareagować. Nie rozumiałam jak w kilka sekund można pozbawić się takiej cennej rzeczy jak życie.
W tym momencie spojrzałam na ściany. Te ręce, identyczne jak w moim pokoju. Znów stały się czerwone. Patrzyłam na to wszystko z przerażeniem. Zobaczyłam ten napis, który ostatnio. Tym razem postanowiłam mu się lepiej przyjrzeć.
- Kayle, przebrałaś się już ? - Ten głos przywrócił ją do życia.
- Nie, jeszcze nie. - Wymówiła z trudem.
- To szybko, bo obiad stygnie.
- Dobra już idę.
Kiedy się przebierała jej młodszy brat wpadł do pokoju.
- Ha ha ha, twoje zdjęcie zrobi na Fejsie furorę. - Jego śmiech doprowadzał ją do szału. Brzmiał jak jęk karła na bagnie, który właśnie się w nim topi.
- Zamknij japę ty mała świnio ! - Miała dość tych jego żałosnych żarcików. - Przecież nawet ty nie masz tam konta !
- Kayle Richardson toples ! Chłopaki pewnie za tobą szaleją. - Ten jedenastolatek był za mądry jak na swój wiek, pomyślała.
Rzuciła w niego mokrą koszulką i kazała mu się wynosić. Uciekł z jej pokoju śmiejąc się głośno.
Zmarnowana zeszła do kuchni i powoli żuła wołowinę. Do pomieszczenia wszedł jej tata, cały przemoczony. Nie wiedziała po co naprawiał to ogrodzenie w taką pogodę, przecież jutro też jest dzień. Swoimi dużymi butami naniósł masę błota. Fajnie by było, gdyby Max się na tym poślizgnął, pomyślała śmiejąc się w myślach.
- Morgan naprawiłeś to ogrodzenie ? - Zapytała Elizabeth.
- Tak, już wszystko jest dobrze. - Odpowiedział dumny z siebie. Krople na jego ciemnych włosach w świetle lampy wyglądały jak miliony kryształków. Na jego policzkach malowały się czerwone rumieńce, lecz reszta twarzy pozostawała blada. Był on wysokim dobrze zbudowanym mężczyzną o szerokich ramionach i wąskich biodrach. Musiała przyznać, że był dość przystojny.
Strach ogarniał ją kiedy myślała o powrocie do swojego pokoju. Nie wiedziała co może tam zastać. Po dłuższym namyśle zebrała się w sobie, i uznała że z przemęczenia uroiła sobie ostatnie wydarzenie.
Wieczorem czytała swoją ulubioną książkę "Igrzyska śmierci". Jej powieki były tak ciężkie, że w końcu opadły.
* * *
Obudziłam się w ciasnym pomieszczeniu. Leżałam na zimnych panelach. Gdy wstałam zakręciło mi się w głowie. Przede mną stała młoda kobieta ubrana w zwiewną, ciemną sukienkę. Na głowie miała czarną woalkę, którą ubiera się zazwyczaj na pogrzeby. Miałam wrażenie że skądś ją znam, ale nie wiedziałam skąd. Nagle drewniane, masywne drzwi otworzyły się, a ona zniknęła. Szłam wzdłuż wąskiego korytarza. Ściany były pokryte boazerią. Na końcu zobaczyłam schody prowadzące na górę. Idąc po nich dotarłam do wejścia na strych. Kiedy zapuściłam się w głąb zobaczyłam otwarta klapę na dach. Zajrzałam tam i od razu tego pożałowałam.
- Wracam do ciebie najmilsza, Maria. - Zawołał młody mężczyzna i skoczył.
Nie zdążyłam zareagować. Nie rozumiałam jak w kilka sekund można pozbawić się takiej cennej rzeczy jak życie.
W tym momencie spojrzałam na ściany. Te ręce, identyczne jak w moim pokoju. Znów stały się czerwone. Patrzyłam na to wszystko z przerażeniem. Zobaczyłam ten napis, który ostatnio. Tym razem postanowiłam mu się lepiej przyjrzeć.
piątek, 31 maja 2013
Prolog
- Wysiadasz czy nie ?
- Co ? - powiedziała zdezorientowana.
- To twój przystanek. - powiedział lekko zirytowany kierowca autobusu.
- Już idę. - pobiegła do drzwi.
Jej niebieska torba z kolorowymi pinsami obijała się o siedzenia. Jeden z dodatków odczepił się, ale nie miała już czasu, aby się po niego schylić.
- Do widzenia. - wybąkała i wyskoczyła z autokaru. Szybko nałożyła kaptur na głowę. Strugi deszczu spływały po niej, jakby ktoś wylał na nią wiaderko wody. Myśląc o swym beznadziejnym życiu ruszyła w stronę domu.
Czy naprawdę Linsey musiała mnie tak ośmieszyć przy wszystkich ?! Czy ja nie mogę zaprzyjaźnić się z normalnymi osobami ? - Przystanęła i chwile patrzyła się na parę nastolatków całujących się w deszczu. - Dlaczego ja tak nie mogę mieć ?! Czy jestem, aż tak brzydka, że nikt mnie nie chce ?
- Już jestem. - Wrzasnęła, gdy odłożyła cały mokry płaszcz na wieszak. Jej brązowe, długie włosy były pokręcone, a rzęsy sklejone.
- Ok. - wyjrzała mama z kuchni. Była ona kobietą drobnej postury, z włosami, których blask już dawno wygasł. Błękit jej oczu był jak głębia oceanu. Zawsze ukazywały jej nienaruszony spokój, lecz teraz było w nich widać tylko pusty strach. - Jesteś cała mokra, idź się przebrać.
- Jak bym nie wiedziała...
Przeszła korytarz pełen obrazów przedstawiających krajobrazy domków w górach. Jej oczy napełnił się łzami, kiedy wspominała tamte cudowne chwile, które spędziła razem z rodziną. Teraz wszystko się popsuło, a może to ona zaczęła po prostu inaczej patrzeć na świat i utraciła swoją dawną niewinność.
Weszła do swojego pokoju, na których ścianach widniały jej odbite ręce.
Kiedyś byłam kreatywna, a teraz nawet nie potrafię zebrać moich myśli w całość...
Nagle barwne ręce zaczęły zmieniać kolor na krwistoczerwony i zaczęły spływać po teraz czarnej ścianie. Chciała krzyczeć, ale nie mogła. Na ścianie widniał jakiś napis, ale była zbyt przestraszona żeby dokładnie się mu przyjrzeć. W jednej chwili wszystko wróciło do normy , tak jakby ktoś cofnął film...
- Co ? - powiedziała zdezorientowana.
- To twój przystanek. - powiedział lekko zirytowany kierowca autobusu.
- Już idę. - pobiegła do drzwi.
Jej niebieska torba z kolorowymi pinsami obijała się o siedzenia. Jeden z dodatków odczepił się, ale nie miała już czasu, aby się po niego schylić.
- Do widzenia. - wybąkała i wyskoczyła z autokaru. Szybko nałożyła kaptur na głowę. Strugi deszczu spływały po niej, jakby ktoś wylał na nią wiaderko wody. Myśląc o swym beznadziejnym życiu ruszyła w stronę domu.
Czy naprawdę Linsey musiała mnie tak ośmieszyć przy wszystkich ?! Czy ja nie mogę zaprzyjaźnić się z normalnymi osobami ? - Przystanęła i chwile patrzyła się na parę nastolatków całujących się w deszczu. - Dlaczego ja tak nie mogę mieć ?! Czy jestem, aż tak brzydka, że nikt mnie nie chce ?
- Już jestem. - Wrzasnęła, gdy odłożyła cały mokry płaszcz na wieszak. Jej brązowe, długie włosy były pokręcone, a rzęsy sklejone.
- Ok. - wyjrzała mama z kuchni. Była ona kobietą drobnej postury, z włosami, których blask już dawno wygasł. Błękit jej oczu był jak głębia oceanu. Zawsze ukazywały jej nienaruszony spokój, lecz teraz było w nich widać tylko pusty strach. - Jesteś cała mokra, idź się przebrać.
- Jak bym nie wiedziała...
Przeszła korytarz pełen obrazów przedstawiających krajobrazy domków w górach. Jej oczy napełnił się łzami, kiedy wspominała tamte cudowne chwile, które spędziła razem z rodziną. Teraz wszystko się popsuło, a może to ona zaczęła po prostu inaczej patrzeć na świat i utraciła swoją dawną niewinność.
Weszła do swojego pokoju, na których ścianach widniały jej odbite ręce.
Kiedyś byłam kreatywna, a teraz nawet nie potrafię zebrać moich myśli w całość...
Nagle barwne ręce zaczęły zmieniać kolor na krwistoczerwony i zaczęły spływać po teraz czarnej ścianie. Chciała krzyczeć, ale nie mogła. Na ścianie widniał jakiś napis, ale była zbyt przestraszona żeby dokładnie się mu przyjrzeć. W jednej chwili wszystko wróciło do normy , tak jakby ktoś cofnął film...
Subskrybuj:
Posty (Atom)